piątek, 17 czerwca 2016

Soldier - Rozdział 1

To znowu ja! Niestety jak zwykle ociągałam się z wrzuceniem tego rozdziału, więc bardzo cieszę się, że w końcu udało mi się za to zabrać. Mam nadzieję, że spodoba sie wszystkim i dalej będziecie czekać na moje wypociny. Please enjoy~~~!

      Serce waliło mi jak oszalałe, gdy ściskałem w dłoni niewielką kartkę papieru. Złość wzbierała we mnie powoli i z trudem powstrzymywałem się od wykrzyczenia tego, co myślę o stojącym przede mną mężczyźnie.
-Nie może mi pan tego zrobić - syknąłem przez zęby jednocześnie starając się powstrzymać narastający we mnie gniew. Miałem ochotę podrzeć to jego cholerne wypowiedzenie, zjeść je a potem wyrzygać mu na buty.
- Zrozum chłopcze, nie mogę pozwolić sobie na opóźnianie roboty - spojrzał na mnie obojętnie, co wywołało u mnie jeszcze większą falę złości - Powiedziałem ci, żebyś się ogarnął, ale nie wziąłeś sobie tego do serca. Nie potrzeba  mi  pracowników, którzy tylko udają, że coś robią.
Krew w moich żyłach chyba właśnie się zagotowała a mózg zaczął parować uszami, przynajmniej tak się czułem, słuchając tego o czym mówił do mnie ten palant. W całym swoim życiu nigdy nie cieszyłem się wielkim szacunkiem, ale ostatnimi czasy miałem wrażenie, że resztka mojej godności została zmaltretowana przez cały świat. Nieustannie musiałem płaszczyć się przed wszystkimi, którzy mnie poniżali i wyglądało na to, że i tym razem mnie to nie ominie.
-Czy dostanę chociaż jakąś odprawę? Cokolwiek? - wymamrotałem, tym samym odbierając sobie resztkę dumy jaka mi pozostała.
Mężczyzna wygrzebał z kieszeni kopertę i wręczył mi ją z grobową miną.
- Czas na ciebie Lee. Nie przychodź tutaj więcej. - rzucił na odchodnym, po czym zniknął za drzwiami, zostawiając mnie całkiem bezradnego i zdeptanego. Wyszedłem z budynku wprost na zatłoczoną ulicę i przetarłem zmęczone oczy. Nie spałem już chyba od tygodni, zacharowując sie prawie na śmierć, ale oczywiście miałem szczęście trafić na kretyna, który i tak miał to w dupie. Życie bywa naprawdę niesprawiedliwe. Jednym konto bankowe pęka w szwach, inni ledwo wiążą koniec z końcem. Szkoda tylko, że ja zawsze należałem do tej drugiej grupy. Zrezygnowany zajrzałem do koperty. Byłem pewien, że z otrzymanej ,,odprawy" ledwo starczy mi na leki dla mamy, nie mówiąc już o czynszu i rachunkach. Naprawdę, dlaczego to zawsze mnie przytrafiają się takie rzeczy? Oczywiście musiałem stracić pracę. Jakby tego było mało, w ogóle nie miałem już na jedzenie, więc byłem zmuszony żebrać o nie na ulicy. Stoczyłeś się, Lee Taemin. Ciekawe jakie inne atrakcje przygotował dla mnie dzisiaj los.
      Seulskie ulice wypełnione były drogimi sklepami i wielkimi, oszklonymi biurowcami.  Można powiedzieć, że Seul odzwierciedlał swoich mieszkańców - zabieganych, zajętych zakupami czy sprawami biznesowymi, a przede wszystkim tak samo wyniosłych i chłodnych jak te wszystkie ogromne budynki. Z drugiej strony mógłbym im nawet zazdrościć. Ich największym zmartwieniem mogło być to, w jakiej knajpie dzisiaj się napiją. Mnie zaś nie stać było nawet na bilet autobusowy, więc dowleczenie się do domu zajęło całe wieki. Moje mieszkanie, jak zapewne wszyscy się domyślają, też do najbogatszych nie należało. Rozpadająca się rudera miała zaledwie dwa pokoje, mikroskopijną kuchnię i łazienkę. A w środku nie było nic, oprócz głodnej mamy, a ja nie miałem nawet za co kupić jej porządnego posiłku.
Nie ma co, od rana nachodziły mnie same pozytywne myśli.
*
      Mimo słonecznego poranka w moim domu panował półmrok - brakowało okien, które mogłyby wpuścić jasne promnienie i choć trochę rozświetlić to przypominające czeluści piekielne mieszkanie.
Mama siedziała na obdartym fotelu, co razem dawało raczej niezbyt radosny obraz. Była tak chuda, że praktycznie wtapiała się w ten okropny mebel. Od razu podgrzałem ostatnią resztkę ryżu, jaką posiadałem, po czym przycupnąłem koło fotela z miseczką w dłoni.
- Trzeba zjeść mamo - wyszeptałem, nie chcąc jej wystraszyć i spojrzałem w jej szarą, smutną twarz.
Nawet nie zaprzeczyła, choć wydawało mi się, że skrzywiła się nieco.
*
      Poranek mimo słońca był naprawdę chłodny. Tak bardzo, że cały trząsłem się w swoich podartych jeansach, a dym z mojego papierosa zdawał się zamarzać w powietrzu. Mimo to musiałem wypełnić swój poranny obowiązek. Nie, żebym lubił palić, wręcz przeciwnie - dym niemiłosiernie drapał moje gardło. Po prostu został mi taki nerwowy nawyk, codziennie rano musiałem wypalić jednego i tyle. Tak, zdecydowanie byłem żałosny. Nie stać mnie było na jedzenie a kupowałem papierosy. I gdy w spokou rozmyślałem o tym jake to wszystko jest beznadziejne, na horyzoncie pojawił się ktoś, kto z pewnością nie przyszedł mnie tu pocieszać. Na widok człapiącej niczym kaczka baby aż ciarki przeszły mi po plecach. Jej obecność z pewnością nie zapowiadała nic dobrego. Z żalem rzuciłem za siebie niedopalonego papierosa.
-Lee Taemin! - wydarła się tak głośno, że fundamenty rudery aż się zatrzęsły.
-Pani Kim.. - skłoniłem jej się lekko, jednak ona tylko zmierzyła mnie groźnym wzrokiem. Czułem o co jej chodziło i na samą myśl o tym chciało mi się płakać. - Proszę, niech pani da mi jeszcze trochę czasu..
- Nie ma mowy gówniarzu, od kilku miesięcy żyjesz tu za darmo. Nie będę się więcej na to godzić. Nie ma mowy.
-Błagam, moja mama ...
-Nie będę już więcej słuchać twoich wymówek. Masz godzinę na spakowanie swoich rzeczy.
-Tylko godzinę? - moje oczy niebezpiecznie zapiekły.
-I tak nie masz ich za wiele, czyż nie? O dwunastej mieszknie ma być puste.
*
      Cholerna baba miała rację. Do walizki (warto dodać, że była to jedyna walizka jaką posiadałem) spakowałem wszystkie rzeczy, zarówno swoje jak i mamy, a wciąż zostało tam sporo miejsca. Rozważałem przez chwilę, czy nie warto buchnąć czegoś z mieszkania babsztyla, jednak szybko porzuciłem ten pomysł. Jeszcze by na mnie doniosła i miałbym z tego same problemy.
      Od jakiegoś czasu czułem, że będzie chciała mnie wyrzucić, nie spodziewałem się tylko, że to nastąpi tak szybko. Nie, nie martwiłem się o siebie. Prawdę mówiąc, miałam w dupie to co dalej się ze mną stanie. Bałam się tylko o mamę. Co dalej z nią będzie? Gdzie będzie mogła spać i czy będzie jej ciepło.. Otarłem wierzchem dłoni słony płyn spływający mi po policzku.
Szczerze mówiąc nie miałem żadnego pomysłu, co dalej zrobić. Najrozsądniejszą opcją wydało mi się wysłanie mamy do jakiegoś hoteliku, przynajmniej na kilka nocy. W końcu i tak nie było możliwości, by znaleźć mieszkania do wynajmu w ciągu jednego dnia. Z żalem spojrzałem na leżąca koło mnie kopertę. Wszystkie pieniądze z odprawy zapewne pójdą na nocleg mamy. Czyli leki pójdą się bujać. To wszystko doprowadzało mnie do szału. Może ja zasługiwałem na karę, ale dlaczego ona też musiała cierpieć? Westchnąwszy cicho zamknąłem walizkę, po czym wraz z mamą ostatecznie opuściliśmy miejsce, które służyło nam za schronienie przez ostatnie pół roku.
*
      Hotel, właściwie motel, nie opływał w luksusy, ale przynajmniej było tam ciepło. W przeciwieństwie do podwórka, gdzie miałem spędzić najbliższą noc. To co zaczęło się dziać zaledwie pół godziny po tym, jak opuściłem tamten przybytek przychodziło ludzkie pojęcie. Śnieg walił mi po twarzy, uniemożliwiając jakąkolwiek widoczność. Do tego wdzierał mi się przez podarte jeansy, co dawało ogólne wrażenie cięcia skóry lodem. Obrazek niczym z bajki. Dobrze, że byłem przystosowany do takich warunków, inaczej na pewno dostałbym zapalenia płuc. Śnieżyca przybrała takie rozmiary, że byłem zmuszony schować się w jakimś obskórnym zaułku, by choć trochę przed nią uciec. Usiadłem na śniegu, bo zmęczone nogi zdawały się wchodzić mi w tak zwane cztery litery. Byłem naprawdę zmęczony, a spuchnięte oczy same się zamykały.
      Ciekawe, gdzie była ONA. Może tak samo jak ja marzła gdzieś samotnie, a może udało jej się znaleźć schronienie? Zastanawiałem się, czy też myślała o mnie tak często jak ja o niej, w każdym razie starałem się raczej nie brać pod uwagę tego, że mogła mnie nienawidzić.
Biegaliśmy po kwiecistej polanie. Właściwie to ona mnie goniła, bo znowu zabrałem jej zabawkę. Na dworze świeciło piękne, letnie słońce, a liśćmi drzew poruszał lekki wiatr. Zachłysnęła się powietrzem, a potem wykrzyczała moje imię dziwnym głosem, jakby była bardzo daleko ode mnie. Zatrzymałem się, jednak ona wciąż wolała.
- Taemin-ah! Taemin-ah, wszystko w porządku?
Chciałem jej odpowiedzieć, jednak głos ugrzązł mi w gardle.
      Ktoś mną potrząsnął. Powoli otworzyłem sklejone oczy.